środa, 6 marca 2013

lecę

No to jadę. To znaczy lecę. I (raczej) nie będę blogowała przez najbliższy tydzień. Ale kto wie ;)

piątek, 1 marca 2013

chyba dożyję

Tak, to znowu ja i znowu będę się żalić, więc żeby nie było, że nie ostrzegałam. ;-)

Ostatnią noc przespałam w miarę dobrze, choć nadal jestem w dołku psychicznym. Dzień spędziłam w domowych dresikach na kanapie, przed komputerem. Chwilami nawet nie myślałam już o pracy, zamówiłam sobie nawet jakieś ciuchy online, na poprawę humoru (no typowa baba ze mnie).
Mąż wrócił z pracy i wręczył mi kopertę mówiąc "coś tu do ciebie przyszło". Otworzyłam, patrzę szpital w Luton. Czyli znowu coś w związku z moją operacją (której mi odmówili w grudniu, nie pamiętam czy o tym pisałam, czy nie).
Czytam, czytam i nie do końca rozumiem, wygląda to jak list lekarza ze szpitala do mojej lekarki w przychodni. List zaniepokojonego lekarza. List brzmiący dość dziwnie i ostro. Dlaczego więc przyszedł do mnie? Czy muszę go teraz zanieść do przychodni?
Chodzi o moje wyniki. Bardzo złe. Poziom czegoś wynosi ponad 89 a norma jest między 5-7. Wnioskuję, że chodzi o glukozę i czynność trzustki. Czytam dalej. Trzęsą mi się już łapy. To znaczy, że co się ze mną dzieje? Umieram już? Wysiada mi trzustka? W liście piszą coś o natychmiastowej konsultacji z lekarzem, hospitalizacji, podniesieniu insuliny i tabletek, oskarżają moją lekarkę o nie przeprowadzenie jakiś tam badań i nakazują zrobienie próby czegoś. Nie bardzo rozumiem ten bełkot i jakieś znaczki, literki, skróty i cyferki. Ale słabo mi i czuję, jak para wylatuje mi uszami. Odkładam list, odmawiam pokazania go mężowi, gdy pyta o co chodzi. Mówię, że to nic ważnego. Skręca mnie od środka, zapalam papierosa, upewniam się, że bilet do Polski jest zabukowany, dzwonię do ojca przypomnieć, aby odebrał mnie z lotniska. Nie mam siły zmierzyć się z tym tematem. Chyba dożyję do powrotu, nie?

czwartek, 28 lutego 2013

terapia bólowa

Przetrwałam. Nie wiem jak, ale przetrwałam. Momentami było ciężko, nawet bardzo. Chciałam wyjść, zatrzasnąć drzwi i więcej do pracy nie wracać. Wszystko się popieprzyło, zostało odwrócone do góry ogonem, czy jak to się tam mówi. Nie mam siły do ludzi, nie mam ochoty udawać, że wszystko jest w porządku. Ktoś o dobrym sercu doradził mi abym chodziła z podniesioną głową. A więc staram się, choć mimo wszystko żal mam ogromny i zastanawiam się nad złożeniem wypowiedzenia.

Codziennie ktoś dolewa kolejne krople do mojej czary goryczy. I przyznaję - nie daję już rady, upadłam na pysk i nie mogę się podnieść. Zabukowałam dziś bilet do Polski, muszę stąd wyjechać, odpocząć, zmienić klimat, otoczenie, nabrać sił i zastanowić się, co dalej. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś nauczę się odporności, wdupiemania ;-) i wybaczania. Nie wiem nawet, czy chcę.
W ramach terapii bólowej i przelania emocji poszłam dziś po pracy zrobić sobie nowy tatuaż. Pomogło, dziś ból był dobry i oczyszczający. Potem przespałam całe popołudnie. A teraz kiwam się jak ten głupek na krześle i myślę co ze sobą zrobić..

rozczarowanie

Wczoraj wieczorem, przy okazji wyjaśniania z managerką powodów mojej nieobecności (co zgodnie z moimi przewidywaniami zostało zaakceptowane i zrozumiane) zostałam poinformowana o skargach, jakie na mnie wpłynęły przez ostatni tydzień czy dwa.

Czuję się rozerwana i urażona. Z ulubionej i chwalonej pracownicy zostałam czarną owcą???
Zraportowano moją wzmożoną chęć palenia papierosów, mój fejsbukowy żart na temat nocnej zmiany w pracy oraz żart, który miał miejsce po godzinach pracy, w prywatnym mieszkaniu V.  Żeby było śmieszniej, to nie była ona, co potwierdziły obie strony.

Kompletnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Wyjaśniłam, ile mogłam, szefowa zrozumiała, że tak naprawdę nic się nie stało i ktoś po prostu stara się narobić mi problemów. Konsekwencji nie ma i nie będzie, bo tak naprawdę nic się nie stało, za plotki i ludzką głupotę nie będę płacić. A przynajmniej nie w pracy...
Bo kiedy wróciłam do domu, niestety wszystko we mnie puściło. Przepłakałam cały wieczór, całą noc i cały ranek. Przespałam może dwie godziny. Nie odmówiłam sobie zwymiotowania z nerwów nawet. I nie mogę pozbierać się do kupy. To była wyjątkowo gorzka pigułka i wyjątkowo nieprzyjemna lekcja pod tytułem "nikomu nie ufaj i miej się na baczności".

Przy okazji uświadomiłam sobie, jak źle ze mną, z moją psychiką, z emocjami. Jestem kompletnie wyczerpana i nie jestem w stanie się podnieść. Że mi przykro, to mało powiedziane. Dlaczego jakaś zazdrosna szuja ma mi bruździć w papierach i niszczyć karierę? O mały włos a nie dostałabym stałej umowy przez to (bo za trzy dni kończy się mój okres próbny).
To jest nie do pomyślenia, że w miejscu które pokochałam od pierwszego dnia, od pierwszego szkolenia, gdzie nagle zaczęłam widzieć siebie i swoją karierę w przyszłości, tak mocno kopie mnie po dupie. Czy szefowa faktycznie miała rację mówiąc, że chyba jednak lepiej się stało, że to nie ja dostałam awans?

poniedziałek, 25 lutego 2013

plus czy minus?

Do pracy, zgodnie z planem nie poszłam. Jak się okazało nie tylko ja "zachorowałam", bo Tina też nie pojawiła się dziś w pracy, o czym dowiedziałam się dzwoniąc po 10, żeby zgodnie z regulaminem poinformować pracodawcę, czy będę jutro, czy nie.
Jestem w sumie zadowolona, bo nie musiałam nic wyjaśniać przez telefon.
Kiedy wczoraj stawałam na głowie, żeby zamienić się z kimś na zmiany - odmówili mi wszyscy. Chciałam być fair, poinformowałam moją team leaderkę, że jutro mnie nie będzie, że chcę się zamienić, załatwić zastępstwo, cokolwiek. Odmówili mi wszyscy. Więc kiedy dziś, o godzinie 20.30 zadzwonili do mnie z pracy z prośbą, abym przyszła na nockę - odmówiłam. Dzwonili dwa razy i dwa razy odmówiłam. Mogłam iść, czemu nie. Ale jestem wredna i nie pójdę. 

Rano zadzwoniłam też do przychodni zapytać, czy na jutro rano mają jakieś wolne miejsca do pielęgniarki, ale i tym razem miałam szczęście, bo okazało się, że dziś po 18 mogę zobaczyć się z moją lekarką. W międzyczasie zrobiłam sobie filmowy seans, ucięłam sobie popołudniową drzemkę, wzięłam kąpiel. Zrobiłam wszystko, co zrobić mogłam byle tylko trochę odetchnąć i odpocząć od wszystkiego i od wszystkich. Czuję się już lepiej, ale bez rewelacji. Sąsiedzi na dole postanowili bowiem zaznajomić mnie ze swoją muzyką... i słucham jej od sześciu godzin...

Jutro małżonek ma rozmowę o pracę w mojej firmie, aplikował za moją namową na nocki, więc jeśli tylko dostanie tę pracę wyprowadzamy się z mojego ukochanego mieszkania do jakiegoś małego domku bliżej mojej pracy. Bez sąsiadów pod nami, nad nami, najlepiej na środku pustyni.. Trochę mi żal tego pięknego mieszkania, ale już nie mogę wytrzymać z tymi wariatami. Niestety skargi do ich agencji pomogły tylko na chwilę.

Jutro popołudniowa zmiana, będę pracowała z pacjentem, z którym w ubiegłym tygodniu byłam u lekarza i musiałam przekazać mu informację o tym, że prawdopodobnie ma HIV. Niesamowicie smutna i rozdzierająca nowina, zwłaszcza dla kogoś, kto ma kłopoty z wyrażaniem siebie i swoich emocji, tak jak on. Młody facet, całe życie przed nim. Zdawało się, że robi takie postępy. Staram się go rozweselić, zająć czymś innym, bo oczekiwanie na wyniki testów krwi to co najmniej dwa tygodnie. Denerwujemy się wszyscy chyba tak samo mocno, jak on.
Zaczęłam myśleć o tym, co by było gdybym to była ja. I wiecie co? Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. A czy wy robiliście sobie kiedyś testy na HIV? A może jesteście stuprocentowo pewni, że was ten temat nie dotyczy? ...

niedziela, 24 lutego 2013

arrrggg!!

Boli mnie gardło. Łapię jakieś przeziębienie. Jestem zestresowana. W pracy miałam atak paniki, jakiego nie miałam już od kilku miesięcy. Po drodze do domu wywaliłam się jak długa na środku chodnika, zwichnęłam kostkę i stłukłam kolano. No i podarłam na amen ukochane czarne rurki. To znaczy spodnie.
Mam babską infekcję i nie mam czasu iść do lekarza. Wszystko mnie denerwuje, jestem sfrustrowana, niewyspana i mam żal do wszystkich o wszystko.
Z mojej wypłaty zostało mi 6 funtów do końca miesiąca. Prąd mi się kończy, chleb mi się skończył, wypalam właśnie ostatnie kilka gram tytoniu. Aa, no tak, jeszcze mężowi ukradli rower wczoraj rano.
Nie mam zamiaru iść jutro do pracy. No nie mogę, nie dam rady, nie jestem w stanie. I naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć szefowej i jak to wytłumaczyć. No przecież nie powiem, że wszystkie problemy świata spierdoliły mi się nagle na głowę!